Don't you fret, Monsieur Marius.

Blog różnych treści, mniej lub bardziej nieistotnych.

niedziela, 1 stycznia 2012

Godzina sama nie wiem czego.

I tak oto nadszedł w sumie chyba oczekiwany przeze mnie rok 2012.
Jakiś czas temu zauważyłam, że przeżywam coś na kształt déjà vu. W moim życiu powtarza się prawie dokładnie pewien schemat lat.
2007 i 2010 - rok sukcesu, nowego początku, rok pełen nadziei ale także pojawienia się Pewnej Osoby
2008 i 2011 - rok pełen poczucia marnowania sobie życia, popadania w marazm, podporządkowania wszystkiego nieszczęśliwej "miłości", pod koniec pojawia się jakaś chęć zmiany
2009 - rok rewolucyjny, pełen pozytywnych zmian, wzrostu wiary w siebie i także pełen rozwoju twórczego. No i co najważniejsze - wtedy był dzień 18 czerwca 2009 roku, a w nim godzina może dwie, w której zdarzyło mi się zaznać prawdziwego, niczym nie zmąconego szczęścia. Dziwne, jak większość miłych wspomnień prędzej czy później doprowadzała do strasznego żalu, dlaczego nie mogło tak pozostać, to wspomnienie tamtego dnia, tych dwóch godzin zawsze budziło refleksję, że dla takiego momentu warto było żyć.
Pozostaje mi mieć nadzieję, że ten rok także powieli ów schemat i będzie pięknym, twórczym rokiem. I że może (choć to marzenie ściętej głowy) pojawi się krótki moment choć w najmniejszym stopniu podobny do południa owego czerwcowego dnia. Tęskno mi do tamtej cudownej lekkości i tego niesamowitego poczucia sensu, pewności, że wszystko się ułoży, że będzie dobrze.
2012, be good to me.
A z próśb konktretniejszych?
Nie proszę o miłość, to byłoby zbyt wiele
Przyjaciela poproszę. To wszystko, czego mi potrzeba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz