Ogarnia mnie wszechobecny zachwyt. Mam jasny umysł i chyba w końcu zaczynam emocjonalnie dorastać, bo staram się pozbyć z mego życia K. (ta, jakby kiedykolwiek de facto fizycznie w nim był)
Spotkała mnie miła niespodzianka - urodzinowy prezent od A. Może to pierdoła, ale zawsze cieszy.
Urodziny jak najbardziej udane. Poznań jak najbardziej udany. I cudny Leo Gregory.
Warszawę przeżyłam. "Metro" wcale niezłe, ale i tak uważam, że "Les Mis" było o niebo lepsze. I bardziej warte tych wszystkich niewygód (które, o ironio, wtedy były zdecydowanie mniejsze)
Takie tam, z very-hipsterious-and-sweet-seventeen:
Czego mogę teraz chcieć?
Chyba tylko tego, żeby przyszły rok był tak dobry jak druga połowa tego miesiąca.
I jeszcze życzę mu twórczości i rewolucyjności roku 2009
I nadziei, jakiej pełen był rok 2010.
Niech nie bierze przykładu ze swojego poprzednika.
No i jeszcze raz na Nędzników wybrać się bym chciała.
I jeszcze z cyklu "Święta, czyli włóżmy zabawkowego bałwanka w opakowanie od chusteczek i udawajmy artystów"
Joyeux Noël!


Miło jest widzieć, że chociaż jedna osoba na tym świecie ma miłe święta.
OdpowiedzUsuńMiłe? Raczej do bólu pozbawione wszelakiej magii i sprowadzone do prozaicznej obrządkowości. Tak miłe, że jedyną konstruktywną rzeczą jaką byłam w stanie zrobić było włożenie tego biednego i zupełnie niewinnego bałwanka w pudełko od chusteczek.
OdpowiedzUsuń