Don't you fret, Monsieur Marius.

Blog różnych treści, mniej lub bardziej nieistotnych.

sobota, 3 grudnia 2011

I love it much to much.

Dalej ciężko uwierzyć mi we wszechogarniającą grudniowość. Brak śniegu jest konfundujący.
Ale dostałam przynajmniej swój kalendarz adwentowy.
Dziwne, jak wyjście z domu może stać się czymś szczególnym. (Pomijając to, że ludzie na ulicach byli ubrani w sumie dość lekko, tylko ja opatulona szalikiem tak ciasno, że bardziej się już nie da.) Dziwne, że przez te pięć dni choroby tak wiele zmieniło się w moim najbliższym otoczeniu. Dobrą minutę stałam w bramie zastanawiając się, co właściwie jest nie tak. Dalej nie jestem pewna, ale podejrzewam, że chodzi o to, że liście do końca spadły z drzew.
Miło było pooddychać świerzym powietrzem. Dało złune poczucie iluzji wolności. Ale też dzięki niemu dowiedziałam się, że dla mojego chorogardłowego organizmu było jeszcze za wcześnie na wycieczki po mieście
Usilnie próbuję nadać wszystkiemu odrobinę świątecznej atmosfery. W końcu przecież "coraz bliżej święta".
Śniło mi się, że dostałam się na Sorbonę, na wydział filologii klasycznej. To było piękne. Paryż, łacina - prawie wszystko co kocham i czego do szczęścia mi potrzeba. Coraz bardziej poważnie zastanawiam się nad romanistyką. Tak o, żeby sobie życie pokomplikować. Bo studia dające możliwość znalezienia pracy jakoś mnie nie pociągają. Ot - filologia klasyczna, romanistyka, filmoznawstwo - nic innego na razie do głowy mi nie przychodzi.


Głupie, YouTube, nie ma "La panique mécanique".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz