Transatlantycznie poległam. Pierwszy raz w mym w sumie dość krótkim życiu pokonał mnie temat zamiast formy. I choć chciałam się nie poddać, przebrnąć, dotykało to strupów chyba przedwcześnie rozdrapanych.
"Pożegnanie jesieni" na razie zadowala, wybaczam S.I. nawet poruszanie tematów dość bolesnych, ale przecież czy nie wpasowuje on tego do ówczesnego (tak przecież pięknego) świata?
Poza tym to tak jednostronnie, zwyrodniale, że przyjmę to ze spokojem.
Byleby nie zacząć pędu ku autodestrukcji, to się liczy, to jest ważne, by się ocalić, tak mniemam.
Idea dziś powstała, idea może genialna, ale nie przyjęła by się w tym, dzisiejszym świecie, choć wtedy, za S.I. może pisano by o niej peany i do dziś quasipostdekadenci i pseudointeligenci zaczytywaliby się w tym.
Mala tempora. Mali mores?
Cechą dobrych chwil jest to, że przemijają i są zastępowane tymi pełnymi bezsensu.
Groteska do mnie chyba pasuje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz