Don't you fret, Monsieur Marius.

Blog różnych treści, mniej lub bardziej nieistotnych.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Battle for the Sun.

Krew płynie mi z rozgryzionej wargi. Pojawia się zawsze niczym niezapowiedziany gość. Nałogowo chyba już skubię te moje biedne wargi, jednak krwawią one jedynie wtedy, gdy się tego nie spodziewam, jakby ot tak, właściwie bez powodu.
To nieistotne. Nieistotność opływa, okrąża nas zewsząd. Dzisiaj siedząc w poczekalni u lekarza i czekając cierpliwie na swoją kolej, starałam się czytać książkę (nieistotne jaką. Chociaż może... Nie, jednak nie.) Po kilku minutach prób zagłębienia się w fascynujących (?) przygodach J.K. zorientowałam się, że zgubiłam wątek. Zadziwiające, że dopiero po tych minutach doszło do mnie że moja świadomość akcji zatrzymała się kilka rozdziałów wcześniej i obecnie właściwie nie mam pojęcia kim są i co robią wszyscy mniej istotni bohaterowie. Tak to jest, gdy wraca sie do rozpoczętej książki po co najmniej roku. Tylko dlaczego zapamiętałam te dawniejsze wydarzenia, a te nowsze jakoś zupełnie wyparowały z mojej świadomości? Nigdy chyba się tego nie dowiem. Muszę po prostu zacząć czytać od nowa.
Z książkami jest łatwiej. Po roku czy dłużej można do nich powrócić i nadal będą takie same. Co najwyżej może sie zmienić sposób w jaki się na nie patrzy, ale one same pozostają niezmienne. Ludzie to już inna sprawa. Czasem to dobrze. Jak na przykład z U. Po pierwszym spotkaniu nigdy nie spodziewałabym się że tak rozwinie się ta znajomość. Ale bywa także źle - nie patrząc daleko - chociażby A. Tu czuję że jest zdecydowanie za późno. Zostałam wykopana z jej życia. (A z resztą - I. czy O. niby okoliczności inne, przebieg zdarzeń też inny, ale efekt ten sam - lista byłych przyjaciół rozrasta się i przerosła już znacznie listę przyjaciół)
Dlatego uwielbiam J., moją kochaną J. Jest jak książka. Przez ten czas, którego nie było nie zmieniła się. Swoją drogą, zabawne - U., J. i A. - tak bardzo ze sobą związane, a jednak inne.
Część śmiałego planu chyba uda mi się zrealizować. Mogę nawet posunąć się do twierdzenia, że punkt ósmy wykonałam, a punkt dziewiąty jest bliski realizacji.
Coby lepiej żyło się.
Mimo wszystko cieszę się z stanu chorobowego w jaki popadłam. Mam tydzień (no, już 6 dni) na przemyślenie wszystkiego. Sześć dni spokoju. Sześć dni z daleka od niemego dusiciela.. A może nawet wiecej... (choć chyba jednak wolałabym nie, okazało się, że jednak wolę być zdrowa)
Sześć dni i wrócę na stałe do Krainy Wszechogarniającej Nieistotności. Jej sługi pukają do mych okien (bo przecież to nieistotne, że nie było mnie w szkole), ale jestem dzielna i nie wpuszczam ich do środka.
Książkę porzuciłam znów. Widać do niej jeszcze nie dorosłam. Ale jutro do niej powrócę. Muszę przestać poddawać się, uciekać.
I will battle for the Sun.

1 komentarz: