Don't you fret, Monsieur Marius.

Blog różnych treści, mniej lub bardziej nieistotnych.

niedziela, 9 października 2011

Non omnis moriar?

Jestem rozdarta między tym czego chcę, tym co dla mnie osiągalne i tym co dla mnie dobre.
Boję się.
Czuję, że wszystko się wali. Czuję, że się zmieniłam, nie wiem czy na gorsze czy na lepsze, wiem tylko, że już nie jest tak samo.
Czai się we mnie bestia, wiedziałam to od dawna, czai się z resztą ona w każdym człowieku. Nie w tym problem. Teraz zaczęła wychodzić i to mnie martwi.
Czuję się sama w tłumie (Tłum? Jaki tłum?) Wrzeszczę i nikt nie słyszy. Chyba opanowałam sztukę udawania do perfekcji.


Nie wiem o co chodzi, więc wstawiam obrazek pięknego, psychodelicznego kota?


 Utwierdzam się w przekonaniu o swojej samoniesamowitości.
Moje wypociny też są wiele warte, tylko nikt o nich nie wie.
Tak jest i ciul. (Naprawdę lubię słowo ciul)

Zaczynam osiągać co chcę. (Ale to może dlatego, że ostatnio chcę bardziej osiągalnych rzeczy). Chcę nowych przyjaciół? Będę ich miała. Jeno jego nie będę miała. Ale to trudno. I tak nie pasuje już do mojego planu przyszłości. (Choć wtedy, w Baszcie pasował, aż zanadto.)

Scena, Wodewil. Tego chcę.

I tak prawie nikt tego nie czyta, więc a co mi:
Kocham ten film, kocham tę piosenkę, a te czeskie napisy są bardzo miłe.

A i jeszcze: Wszystkiego Najlepszego, John.

2 komentarze:

  1. W baszcie pasował? Hmm.

    JESTEŚ zajebista.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciul jest tak samo genialny, jak fjut. Nie chcąc być zbyt perwersyjną, oczywiście, ale jakoś tak... samo.
    Daleka droga, daleka.

    OdpowiedzUsuń